Pamiętacie nagłówki z początku roku o tym, że firma Bayer zapłaci niemal DWA MILIARDY EURO KARY użytkownikom rakotwórczego środka Roundup? Zastanawialiście się wtedy, co to w zasadzie ma wspólnego z żywnością, a w szczególności z soją GMO?
Wystarczy poczytać komentarze pod wywiadami na ten temat, by zderzyć się z falą ironii: „Jasne, soja GMO cię zabije, ha ha”, „Jem ją od lat i żyję, co za nienaukowa bzdura” albo „Modyfikacje nie wywołują żadnych skutków ubocznych”.
Mam nieodparte wrażenie, że wciąż niewiele osób rozumie, na czym polega prawdziwy problem z GMO w przypadku soi, kukurydzy czy pszenicy. Otóż sedno sprawy nie leży w samym faktu modyfikacji kodu genetycznego rośliny. Kluczowe jest pytanie: po co właściwie się jej dokonuje?
Cichy bohater (i złoczyńca): Glifosat
W większości przypadków rośliny modyfikuje się po to, aby uodpornić je na konkretny herbicyd – glifosat. W Polsce powszechnie znamy go właśnie pod nazwą Roundup (dokładnie ten sam, o którym mowa we wspomnianym procesie).
Jak to działa w praktyce?
- Jeśli spryskasz glifosatem pomidory czy paprykę w swoim ogródku – wypalisz wszystko do gołej ziemi.
- Jeśli opryskasz nim pole soi GMO – roślina przetrwa bez draśnięcia, a zginą wyłącznie chwasty. Jest na niego w pełni odporna.
I tu pojawia się kluczowy haczyk. Co dzieje się dalej z tym chemicznym opryskiem? Przecież nie wyparowuje w powietrzu. Przenika do gleby, skąd bez przeszkód pobiera go roślina. W efektach glifosat kumuluje się bezpośrednio w soi czy kukurydzy. Z pola trafia do paszy dla zwierząt, stamtąd do produkowanej żywności, aż w końcu ląduje w naszych organizmach.
Dlaczego powinno nas to obchodzić?
Krótko mówiąc: glifosat jest dla ludzi substancją toksyczną i wykazuje działanie kancerogenne. Wspomniane dwa miliardy euro kary (a kwota ta może jeszcze urosnąć) wynikają bezpośrednio z jego szkodliwych, szkodzących zdrowiu właściwości.
Liczne analizy naukowe czarno na białym pokazują, że modyfikowana soja jest nim wysycona. Przykład z badań:
"Soja genetycznie modyfikowana zawierała wysokie pozostałości glifosatu i AMPA (średnio odpowiednio 3,3 i 5,7 mg/kg)" https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/24491722/
Jeśli chcesz dogłębnie zbadać temat szkodliwości samego glifosatu, odsyłam do poniższych publikacji:
- https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11241661/
- https://academic.oup.com/jnci/article/115/4/394/6984725?
Jak „tworzy się” dowody na bezpieczeństwo?
Absolutnym hitem pozostaje jednak badanie, które dobitnie pokazuje, jak wygląda część branżowych testów. Autorzy przeanalizowali 30 prac dotyczących składu i jakości pasz z roślin GMO odpornych na glifosat. Aż trudno w to uwierzyć, ale:
- W połowie tych badań w ogóle nie użyto materiału roślinnego pryskanego glifosatem.
- Tylko w jednym z 30 badań w ogóle sprawdzono poziom pozostałości tego herbicydu w roślinie!
Podsumowując wnioski autorów tej analizy:
- Komercyjnym testom upraw GMO brakuje realnych, reprezentatywnych dawek herbicydów oraz weryfikacji ich pozostałości w materiale końcowym.
- Część dowodów przedstawianych przez przemysł spełnia standardy, które są absolutnie nie do przyjęcia z punktu widzenia regulacji prawnych. Tego typu prace należy zignorować i zażądać rzetelnych badań.
- Rzetelne, opublikowane dane o poziomie glifosatu w tolerujących go uprawach są po prostu niezwykle rzadkie.
W praktyce wyglądało to tak: w testach wykorzystywano soję niepryskaną (lub niemodyfikowaną), a następnie publikowano wnioski o bezpiecznych właściwościach wariantu GMO!
To oczywiście tylko wybrane przykłady – przy odrobinie chęci znajdziecie ich znacznie więcej. A co z samą soją GMO na Waszym talerzu? Decyzję, czy po nią sięgać, jak zawsze pozostawiam Wam.

